To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ


Blogowanie na ekranie - Ziarno prawdy, miara kłamstw.

Ziuta - 25 Stycznia 2010, 12:59

Ellaine, to masz podobnie ze studiami, jak ja. Męczę się strasznie, narobiłem sobie okropnych zaległości, ale muszę się wyrobić, żeby nie spaść z czwartego roku jednolitych na trzeci rok licencjatu. Zresztą, zabiliby mnie w domu za to.
Będzie dobrze. Musi być.

Ellaine - 26 Stycznia 2010, 22:52

Cóż, ja szczęśliwie nie zrobiłam sobie zaległości. To znaczy zrobiłam, ale nadrobiłam. Teraz jedynie przygotować się do egzaminów i napisać rozdział magisterki, i kolejny semestr będzie za mną. A potem przeżyć dwa jeszcze (tzn. w przedostatnim będę mieć... cztery przedmioty). Bo w tym ostatnim to już właściwie tylko półtorej godziny tygodniowo będę mieć, więc tyle, co nic.

Chciałam napisać coś inteligentnego teraz. Ale chyba nie mam pomysłu na wzniosłe wpisy. Powinnam wziąć się do nauki, w piątek egzamin z dość obszernego materiału. Jak na złość mam "lenia". Leży sobie u mnie na wersalce i patrzy tymi kpiącymi, kaprawymi oczkami na mnie i mówi ciągle:
"nie ma szans, nie pouczysz się! Nie chce ci się... zobacz, tyle fajniejszych rzeczy do robienia masz! Książkę poczytaj, właśnie ci siostra oddała "Mistrza i Małgorzatę" - no nie mów, że nie chciałabyś jej przeczytać po raz kolejny! "Pisarz jest pisarzem ponieważ pisze, a bynajmniej nie dlatego, że ma legitymację" - Więc pisz! Bądźże pisarzem! Nooo... grzeczna dziewczynka."

I siedzę tu i piszę. Bynajmniej nie przybliża mnie to do bycia pisarzem. Właściwie to do niczego mnie to nie przybliża, ale jeśli Wam się podoba czytać to, to się cieszę. Owszem, mogłabym na poczekaniu napisać jakąś historyjkę, tylko dajcie mi chwilę... No, dobra, nie dam rady. Ale zacytuję tu moje haiku. Czasem pisuję haiku, taka pozostałość po graniu w Legendę Pięciu Kręgów.

Pędzel w dłoni
lekki ruch nadgarstkiem
stworzenie świata


Albo w sumie to jest ładniejsze moim skromnym zdaniem:

Cisza przestrzeni
Snu resztki odchodzące
Leniwość świtu


Sami oceńcie, które z nich według Was jest bardziej godne Waszej uwagi.

I przepraszam, Agi, że płakałaś z powodu tego, co tu przeczytałaś. Obiecuję, że następnym razem postaram się lepiej panować nad tym, co tutaj wypisuję.

Agi - 26 Stycznia 2010, 23:12

Ellaine, nie przepraszaj. Ja generalnie mam oczy "w mokrym miejscu" i dużo empatii.
Kibicuję Ci serdecznie żebyś uporała się z problemami i znalazła swój kawałek podłogi.
Drugie haiku podoba mi się bardziej, chociaż i pierwszemu niczego nie brakuje.

Ellaine - 27 Stycznia 2010, 21:22

Dziękuję, Agi.

Ech, do czego to doszło! Po prostu jestem oburzona! No, dobra. Nie jestem, ale w końcu miałam tutaj kłamać, a póki co to mi się średnio udaje.

Wyobraźcie sobie, że mój Luby, mój osobisty facet, zrobił mi naprawdę okropne świństwo... Bez pytania wrzucił mój osobisty tekst na bash.org.pl! Po prostu tego się nie spodziewałam. Dobra, po nim można się wielu rzeczy spodziewać. Tego też, bo w sumie to jak wypowiedziałam te słowa, to stwierdził, ze wrzuci je na basha.

A oto i ten tekst:
<Ania> O! Tylko -10 stopni! Okno sobie otworzę.

A teraz mi się Luby przyznał, że nie był pewien czy tekst miał szansę przejść, ponieważ... nie wierzył w basha. Przynajmniej tak się tłumaczył, gdy mu zarzuciłam, że nie wierzył w moje możliwości.

Po ilu godzinach się zgłasza zaginięcie? To znaczy, mam nadzieję, że pewna osoba nie zaginęła... tylko zaczynam się martwić.
Wrócił. A ja niestety nie przestanę się martwić... taka karma.

Ellaine - 30 Stycznia 2010, 20:21

Żeby nieco rozbudować postać do systemu RPG, w którym gram od dwóch tygodni, przeglądałam na Youtubie solowe występy baletnic. I przyznać muszę, że poczułam bardzo niegodne uczucie... jakim jest zazdrość.

Dawno, dawno temu, kiedy słońce było bogiem, a ja miałam mniej niż naście lat bardzo chciałam tańczyć w balecie. Było to dla mnie coś tak fascynującego... Niezwykłego i pięknego. Chociaż tak naprawdę, nigdy w życiu nie widziałam baletu na żywo. Moja starsza siostra tańczyła w zespole, który działał pod auspicjami domu kultury. Chyba nawet raz, albo dwa widziałam ich występ. Też tak chciałam, ale... zdaje się, że nigdy nie powiedziałam o tym rodzicom. Cóż, bywa. Za to przez cały rok szkolny, kiedy bodajże byłam w trzeciej klasie podstawówki, chodziłam do owego domu kultury na zajęcia z rękodzieła dla dzieci. Taka tam, pozalekcyjna plastyka. Przez pewien czas należałam do kółka teatralno-literackiego (to też podstawówka), ale gdybyście mnie zapytali, co tam robiliśmy to... szczerze? nie mam zielonego pojęcia. Nie pamiętam.

Za to w gimnazjum byłam w szkolnym chórku. Ale nie dostałam żadnej solówki do zaśpiewania, czego również zazdrościłam koleżance, która w akademii z okazji 11 listopada śpiewała solo "Rozkwitają pąki białych róż". No cóż, bywa. W gimnazjum nie mieliśmy kółka teatralnego - a przynajmniej nie przypominam sobie, ale... ponieważ klasa w której także byłam sprawiała najwięcej problemów wychowawczych...

Nasz genialny wychowawca, nauczyciel historii, wpadł na równie genialny pomysł i... za to, że byliśmy tak beznadziejną klasą tuż przed końcem gimnazjum, musieliśmy zrobić akademię dla grona pedagogicznego. Ściślej - dla nauczycielek, ponieważ to było z okazji Dnia Kobiet. (Zresztą w gimnazjum i tak było więcej nauczycielek, poza naszym wychowawcą i zapewne jakimś wuefistą z nauczycieli pamiętam jedynie pana od KOSS-u* (potocznie zwane WOS-em))

Akademia składała się z kilku scenek rodzajowych i paru piosenek. Koleżanka (ta od "pąków białych róż") ponownie miała bardziej eksponowaną rolę śpiewaną, której jej już nie zazdrościłam... ponieważ śpiewała w duecie z naszym wychowawcą, piosenkę Anny Jantar "Przetańczyć z tobą chcę całą noc". Były scenki od samego stworzenia świata... znaczy była scenka z Adamem i Ewą, była piosenka z disneyowskiej adaptacji Królewny Snieżki, jeśli dobrze pamiętam. Był też fragment z Moralności pani Dulskiej (ten, gdzie Dulski robi przykazany lekarskim zaleceniem, codzienny spacer... dookoła stołu). I była też scena balkonowa z "Romea i Julii" (którego wciąż nie przeczytałam do końca)... "Romeo, czemuż tyś jest Romeo... Czyż róża nie pachniałaby równie pięknie pod inną nazwą" (czy jakoś tak to szło) "Nie, nie przysięgaj na zmienny księżyc, by twa miłość również nie była zmienna" (tak, to jest wariacja na temat tego fragmentu, wybaczcie, ale zdążyłam zapomnieć).

Tak... mnie przypadł (a raczej kopnął mnie) zaszczyt zagrania Julii. Przypłaciłabym tę grę skręconą kostką (co najmniej), ponieważ... Na awatarze tego może i nie widać, ale parę osób może poświadczyć żem okularnica. A nota bene okularnicą jestem od czasów jeszcze bardziej zamierzchłych niż czas, kiedy uczęszczałam na rękodzieło. I jednocześnie, nie umiałam wyobrazić sobie, żeby Julia (ta piękna, idealna, zwiewna i w ogóle, czyli w prostej linii zupełne przeciwieństwo mnie)... nosiła okulary. Toteż dla lepszego efektu odłożyłam okulary na bok... Muszę przyznać, że już wtedy bez nich mogłabym malować jak Claude Monet "Budynek Parlamentu w Londynie" (a obecnie to nawet jeszcze bardziej niewyraźnie). Oczywiście, generalnie coś tam widzę... tylko wyobraźcie sobie, że macie niewyraźny obraz i musicie wejść na "balkon", który jest krzesłem... Pointy można się bardzo łatwo domyślić: Prawie się minęłam z moim "balkonem". Na szczęście - prawie. (A potem nawet udało mi się nie pomylić w tekście... nie zeżarła mnie trema tylko dlatego, że nie widziałam "Romea", ani widowni. Czasem krótkowzroczność jest błogosławieństwem!)

W licem nie mieliśmy chóru. Za to założyliśmy kółko teatralne i jedyne, co wystawiliśmy to były Dziady cz. II. Grałam wtedy Kruka. Ale o tym to Wam może innym razem opowiem. Bo to dość długa historia. Sam opis scenografii sporo by mi zajął, więc póki co, to daruję to sobie.
Poza tym w liceum moja klasa miała do zorganizowania Dzień Wiosny (totalna klapa. niestety miałam w tym swój udział, jeśli idzie o scenariusz... na bardziej ambitny wena niestety przyszła o wiele za późno (na tydzień przed Dniem Wiosny)), i Jasełka - do których napisałam scenariusz (w bardzo prosty sposób... przejrzałam dużo i nawet dość znane kolędy, tylko że sięgnęłam do zwrotek dalszych, których nikt normalny nie zna. I tak je pokroiłam, że zrobiłam z tego najnormalniejsze dialogi) (wyszło tradycyjnie aż do bólu... ale rok przed nami inna klasa robiła Jasełka i zrobili w taki sposób, że no cóż... dyrektor był delikatnie mówiąc - zdegustowany).

A wracając do baletu... to cóż, moja śp. Mama mawiała od czasu do czasu: "mam głos jak do baletu i nogi jak do opery". Ale popatrzeć na tych, co potrafią tańczyć i tak lubię. Mimo, że im zazdroszczę, bo ja tak nie potrafię.


___
*KOSS - Kształcenie Obywatelskie w Szkole Samorządowej. Naprawdę nie wiem, kto wymyślił tę pokrętną nazwę... ostatecznie w liceum na WOS-ie mieliśmy podobne kwestie podnoszone.

Ellaine - 5 Lutego 2010, 11:22

Odwieczna mantra:
Boże, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce!

Jutro wyjeżdżam i mam masę rzeczy do zrobienia. Normalne przed wyjazdem.
Głównie to się opiera na tym, że muszę odwiedzić trzy biblioteki i dworzec PKP, a przy okazji jeszcze jakiś sklep (ratunku!). Zrobić pranie ręczne i posprzątać mieszkanie (nie wiem czy brat ma wolne w sobotę (sprawdziłam - nie ma, ba! idzie do roboty na 12h), ale nie będę jak mojego ojca dzieci i pokażę, że mam dobre serce... przynajmniej w tej no, metaforze, bo nigdy serca nie badałam. A może powinnam? Nieistotne).

Pogoda dzisiaj jest wyjątkowo ładna, zachęca do wyjścia i chyba dlatego nie chce mi się z domu ruszać. Ponieważ? Na dworze jest masa słońca! To tałatajstwo odbija promienie od śniegu i mnie oślepia. Zresztą nawet jak nie ma śniegu, a jak jest na zewnątrz bardzo jasno to mnie razi po oczach. A niestety, nie mam i nie mogę nosić okularów przeciwsłonecznych. To znaczy mogłabym, ale nie chcę wydawać kupy pieniędzy na ciemne okulary ze szkłami -7,5 D. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, ile to mogłoby kosztować. Cierpię więc z nadmiaru słonecznego światła i moje oczy także łączą się ze mną w tym cierpieniu.

W dodatku się nie wyspałam (cóż za nowość!) i zamiast wstać jak na mnie przystało koło siódmej/ósmej to obudziłam się przed dziesiątą. Ech, znów nie mogłam spać przez pół nocy. Męcząca sprawa. Dlatego na noc nie wyłączam od paru miesięcy radia, żebym mogła się chociaż w muzykę wsłuchiwać, skoro i tak nie śpię.
Aczkolwiek to jeszcze nie jest bezsenność. Tylko raz mi się przytrafiło, że nie mogłam zasnąć do siódmej rano, a potem zasnęłam tylko na jakieś trzy godziny. Zresztą... chyba odkąd zaczęłam studiować to tak źle sypiam. No cóż, życie. A potem potrzebowałam w nocy czegoś, co będzie na mnie działać jak środki uspakajające.

Bo właśnie odkąd odeszła to muzyka mnie wydatnie uspokaja. Chociaż jeszcze zanim odeszła to zaczęłam uspokajać się właśnie muzyką. Słucham RMF Classic, odkąd odkryłam, że moje radio w pokoju (taki tam zdezelowany, 13letni radio-magnetofon) je odbiera i to bez najmniejszych zakłóceń. Gdyby nie muzyka to by mnie mogło już nie być. Oczywiście, miałam wsparcie Lubego i przyjaciół... ale zanim to dotarło do mnie, że chociaż Ona odeszła z fizycznego świata, a ja mam przecież jeszcze co najmniej jedną osobę dla której warto żyć, to chciałam pójść za Nią. Kiedy byłam młodsza to właśnie fakt, że była Ona zatrzymał mnie na tym świecie. Nie chciałam Jej wtedy ranić.

Wiem, że to naturalna kolej rzeczy, że rodzice przeżywają swoje dzieci. Ale tak trudno się z tym pogodzić.

Muzyka pozwalała mi nie myśleć, zatonąć w spokoju, zwłaszcza, kiedy miałam taki czas, że leżałam na wersalce i gapiłam się w sufit godzinami (niemal dosłownie), albo wpatrywałam się w niebo i płynące po nim chmury (tak się składa, że przed moim blokiem nie ma żadnego innego wysokiego budynku, więc kiedy leżę na łóżku to w oknie widzę li tylko i wyłącznie niebo, co zresztą bardzo mnie cieszy). A nocą muzyka tuliła mnie do snu, kiedy po raz kolejny poduszka musiała przyjmować słone łzy.

Wiecie, klasyczna i poważna muzyka czasem dodaje człowiekowi chęci do życia, kiedy naprawdę już się nie chce... Poza tym się nie narzuca ze słowami o różnych dziwnych rzeczach, jak muzyka pop. Po prostu płynie... i w niej słychać to urocze, lekkie, radosne, ale też i to przerażające piękno świata.

Wybaczcie proszę, że Wam to wszystko opowiadam. Ale czasem człowiek musi się wygadać komuś kto go nie zna. Poza tym wczoraj była msza w Jej intencji i wszystko wróciło, jakby to było wczoraj. Trzy miesiące ponad, a boli dokładnie tak, jak wtedy.

Pamiętam, jak przyjaciółka z grupy była pod wrażeniem, że w ogóle przychodziłam na zajęcia tuż przed i tuż po Jej odejściu. Wzruszałam wtedy ramionami. Luby twierdził, że byłam dzielna. Nieprawda. Po prostu uciekałam tam, gdzie mogłam nie myśleć o tym, co się z Nią działo. Byłam tchórzem. Poza tym... zdawałam sobie sprawę, że nie życzyłaby sobie, bym zawalała studia. Wiedziałam, że mogę się nie uczyć na zajęcia, ale musiałam na nich być, żeby potem nie mieć problemów, większych niż byłabym w stanie znieść.

Jeszcze raz Was przepraszam. Wyjeżdżam na tydzień, może po powrocie uda mi się przestać obarczać Was moimi smutkami. Mam wrażenie, że jedynym kłamstwem jakiego dopuściłam się na tym blogu to jego tytuł... Powinnam to zmienić i rzeczywiście zacząć kłamać i udawać, że przecież wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bo w teorii tak jest... ale... to tylko teoria.

Ellaine - 9 Lutego 2010, 12:19

Mam dziwaczne wrażenie, że wpisami odstraszam czytających, którzy mogliby coś powiedzieć od siebie. Hm... mam nadzieję, że się mylę.

Ale żeby nieco słońca wpuścić w ten blog, przedstawię Wam niżej krótką rozmowę. Zanim jednak to zrobię opowiem Wam, jakie piękne słońce mam za oknem. Tak, cichaczem wkrada się do pokoju. Umiejętnie przeciska się przez oczka starej firanki. I chociaż światło nie wpada bezpośrednio przez okno i tak jest jasno. A nie wchodzi bezpośrednio, ponieważ odbija się od okien, białych ram i pomarańczowych ścian naprzeciwległego bloku. Czteropiętrowego bloku, jak wszystkie w okolicy.

A pomiędzy blokami, lata ogromne stado mew, krążąc ponad zadaszeniem dla kubłów. Niezwykły i jakże niecodzienny to dla mnie widok! Owszem zdarzało się wielokrotnie, że jaskółki latały na wysokości moich okien. Ale na bogów! Jest przecież różnica pomiędzy piętrem ósmym, a drugim! A mewy owe latają tuż przy ziemi nieomalże, ze względu na śmietnik, o którym wspomniałam. Poza mewami widuję tu także gołębie i kawki, o ile nie mylę tych drugich z jakimś innym gatunkiem ciemno-upierzonego ptactwa.

Tak... Oto jedna z dzielnic Gdańska. Wyglądem przypomina mi nieco jedno z osiedli świdnickich, a także szczecineckich, a nawet katowickich. Właściwie nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza mewami.

A teraz pozwolę sobie przytoczyć tutaj fragment pewnej rozmowy, która z pewnych przyczyn wydała mi się zabawna:

(...)

- Nie podniosłabym cię za szlufki, za ciężki jesteś.
- Nie, to ty jesteś za słaba.
- Nie jestem za słaba, tylko delikatna. Jak prawdziwa dama - stwierdziła z przekonaniem, mrużąc oczy.
- Prawdziwych dam już nie ma.
- To musisz mnie zabić...
- Dlaczego? - zdziwił się niepomiernie.
- Skoro nie ma prawdziwych dam, a ja jestem... - westchnęła, a jemu zabrakło słów. - Dlaczego nie uważasz mnie za damę? - zapytała z wyrzutem po chwili milczenia.
- Jest kilka powodów...
- Tak? To wymień... piętnaście! - powiedziała z zaczepną nutą.
- ...Wygrałaś! - wykrzyknął i obydwoje zaczęli się śmiać.

A potem żyli długo i szczęśliwie, chociaż on wciąż nie uważał jej za prawdziwą damę, a ona o tym doskonale wiedziała. Wystarczało jej, że od czasu do czasu traktował ją tak, jakby damą była.

Ellaine - 15 Lutego 2010, 20:02

shenra, w Skojarzenia Fantastyczne napisał/a
hej! ksiądz samica! zejdźcie mi z tego zica, bo tam leży moja myca! :arrow: :shock:

To ja może przetłumaczę?

W oryginale:
Zeflik jechoł se banom. Odłożył se myce na zicu, nale ni sie łobejrzol, a jakos baba go wzieła i podsiodła. No to łon do nij:
- Hej! Ksiądz-samica! zejdźcie mi z tego zica, bo tam leży moja myca!

A teraz po polsku:
Józef jechał tramwajem. Położył czapkę na siedzeniu, ale ani się obejrzał, a jakaś kobieta go podsiadła. No to on do niej:
- Hej! Zakonnico, zejdź mi z tego krzesła, bo tam leży moja czapka.

Właściwie w oryginale, który dawno, dawno temu usłyszałam od mojej Mamy było coś, co mnie brzmiało zawsze jak: kapelmyca, albo cingielmyca (w każdym razie, wydaje mi się, że w tym mało-zabawnym kawale chodziło o beret). Tylko, że nie jestem pewna, co do słuszności tego, co jako dziecko słyszałam, więc wolałam wpisać coś, co na pewno znaczy - czapka. Czyli myca, mycka.
A czemu skojarzyłam to z "hut"? Hut to jest po niemiecku (i po ślunsku tyż, ino bez tego der-di-dasa) - kapelusz.

Trochę poszukałam po Internecie i znalazłam cypelmyca i bombelmyca (obie wg tego słownika to czapka z pomponem. Aczkolwiek... być może to właśnie cypelmyca występowała w oryginalnej wersji, ale w sensie jako beret. Cóż, niestety nie jestem w stanie tego zweryfikować.)

Ellaine - 19 Lutego 2010, 22:59

Zostałam zdemaskowana... jestem wampirem. Od jakichś czterech lat. Ale... mniejsza o to. Ważne, że dawno się tak nie uśmiałam. Potrzebne mi to było.

Praca nad sobą w końcu przynosi jakieś efekty. Od trzech lat podróżuję regularnie na Pomorze. Spotkałam wiele osób, naprawdę całkiem sporo. Część z nich doskonale pamiętam, chociaż już mogę nie kojarzyć, kiedy dokładnie się spotkaliśmy. Ani na jakiej trasie, i czy jechałam na Pomorze, czy na Górny Śląsk. Zresztą, to mało istotne w tym momencie.

Te efemeryczne znajomości są zdecydowanie interesujące. Przez chwilę rozmawiasz z kimś zupełnie obcym. Ale paradoksalnie na parę stacji człowiek ten przestaje być nieznajomym, chociaż zwykle nie poznaje mojego imienia, i vice verso. Czasem sobie myślę, że powinnam była zapisywać te historie, które zasłyszałam w podróżach. Aczkolwiek z ostatniej podróży wypisałam sobie chociaż mniej więcej tematy, które poruszaliśmy w rozmowie. To było dość niecodzienne... Ponieważ praktycznie wszystkie osoby w przedziale udzielały się (mniej lub bardziej) w trakcie tej rozmowy. W skrócie... to od niewinnej rozmowy o RPG przeszliśmy do systemu bunkrów pod Wrocławiem. Fakt, że nie od razu i z zupełnie inną osobą. O RPG i przyległościach - fantastyka w książkach i filmach, gdzieś jeszcze studia się przewinęły - rozmawiałam ze studentką filologii angielskiej na UO. Natomiast o tych bunkrach to była rozmowa z lekko podpitym masażystą z Brzegu oraz z żołnierzem, który wsiadł w Opolu, a obydwaj jechali do Krakowa. Niestety musiałam przerwać tę intrygującą rozmowę, ponieważ bilet miałam jedynie do Katowic. Życie.

Wrócę jednak do kwestii "pracy nad sobą". Parę lat temu nawet nie spróbowałabym nawiązać rozmowy, nawet jeśli w przedziale byłabym tylko ja i jeszcze jedna osoba. A co dopiero odważyć się, żeby poprosić o kontakt, by znajomość mogła trwać nieco dłużej niż wspólnie spędzone parę godzin. A jeszcze bardziej zabawne jest to, że w ciągu ferii zdobyłam w ten sposób kontakt do dwóch osób (pierwszy kiedy jechałam na Pomorze, a drugi jak wracałam). Rekord. I mój drobny sukces w pracy nad sobą.

Aczkolwiek sądzę, że osoby, z którymi się widziałam na spotkaniach w Bierhalli mogą mimo wszystko poświadczyć, że przy osobistym poznaniu tracę na elokwencji. :)

Ozzborn - 19 Lutego 2010, 23:03

e tam... przyjedź na SKOFĘ to ocenimy w większym gronie - będzie większa istotność statystyczna wyniku ;)
Ellaine - 19 Lutego 2010, 23:04

Cóż, powiedziałabym, że Warszawa to dla mnie za daleko... (taaa) ...ale powiem raczej, że na razie Warszawa jest mi nie po drodze. Może kiedyś skorzystam z zaproszenia. :)
Virgo C. - 20 Lutego 2010, 09:31

Kraków bliżej ;)
Ozzborn - 20 Lutego 2010, 17:48

Ale my mamy bliżej do Ciechanowa :mrgreen:
Ellaine - 20 Lutego 2010, 20:06

Wybacz, Ozzbornie, że zapytam, ale co ma jedno do drugiego?
Ozzborn - 21 Lutego 2010, 17:05

Bo w Ciechanowie się robi Ciechana... a jak wiemy jest to najlepsze piwo w tym kraju i na SKOFIE występuje wysoki współczynnik spożycia owego :mrgreen:
Ellaine - 22 Lutego 2010, 16:55

Wiemy? Nic mi o tym nie wiadomo, żebym uważała "Ciechana" za najlepsze piwo w tym kraju. Bardzo dobrym piwem jest "Racibor" (które piłam parę lat temu w jednej knajpie w Katowicach - o ile nie jest/była to jedyna knajpa w Katowicach, gdzie można/można było dostać "Racibora") i "Piast Świdnicki". Niestety nie pamiętam, które było lepsze.
Ellaine - 22 Lutego 2010, 20:58

Jestem z siebie dumna. Upiekłam ciasto, które mi się nie zapadło niedługo po tym, jak wyłączyłam gaz. Mam tylko nadzieję, że nie tylko będzie ładnie wyglądało, ale i smakowało. Cóż, jeśli przeżyję, to napiszę, czy w smaku było równie udane. Zresztą... Co można zepsuć w zwykłej babce piaskowej? (Oczywiście... zawsze może wyjść zakalec, ale czyż ciasto z zakalcem nie jest smaczne? By nie powiedzieć: smaczniejsze?) Co prawda jak tak przeglądam przepisy w Sieci, to ten, którym się posłużyłam jest nieco inny niż te, które tutaj widzę. Mniejsza o to.

W każdym razie potrafię upiec aż cztery rodzaje ciast... wszystkie są jak najbardziej jadalne. Nie powiem, że zjadliwe, bo mnie wielokrotnie poprawiano, że zjadliwe to mogą być bakterie. Wciąż jednak marzy mi się, że na któreś urodziny upiekę sobie (tak, sobie, a nie komuś... taka samolubna jestem, a!) - Fale Dunaju.

Niestety z tego, co pamiętam, kiedy Mama raz w życiu zdecydowała się na upieczenie tego cudownego ciasta, żeby to zrobić... potrzeba naprawdę dużo wolnego czasu. Najlepiej całego dnia. Dlatego też po tym jednym razie, nie zdecydowała się na ponowne jego zrobienie. Niestety.

Ale może kiedyś się zdecyduję... Może kiedyś - jaka to piękna zbitka słów!

Martva - 22 Lutego 2010, 22:05

Może kiedyś to moja ulubiona zbitka słów :D
Babkę piaskową piekłam ostatnio wieki temu, a pierwszy raz jeszcze w podstawówce (może byc że dzisiaj juz by było gimnazjum) według przepisu ze strasznie starej Kuchni Polskiej. Wychodziła bez problemów.
Zakalec wychodził mi w swoim czasie w 'piegusku' bo przepis z książki Musierowicz zawierał za dużo tłuszczu, i w raz zrobionym cieście pomarańczowym, po którym obraziłam się na inną książkę ;)
Staram się szukac przepisów jak najmniej czaso- i pracochłonnych, takie z kilkoma warstwami róznego ciasta i róznych mas są fajne, ale strasznie by mi się nie chciało. Ostatecznie mogę wrzucić jabłka, marchewkę, cukinie czy buraki do urządzenia rozdrabniającego, ale juz nie chce mi się na przykład oddzielać żółtek od białek i ubijać piany z tych ostatnich ;)

lucek - 22 Lutego 2010, 22:07

Martva napisał/a
ale juz nie chce mi się


Klasyczny objaw depresji! Na leczenie!

Fidel-F2 - 22 Lutego 2010, 22:07

Martva napisał/a
ale juz nie chce mi się na przykład oddzielać żółtek od białek i ubijać piany z tych ostatnich
:roll:
lucek - 22 Lutego 2010, 22:08

O. Jednosekundowa Jednomyślność! O!
Martva - 22 Lutego 2010, 22:38

lucek napisał/a
Klasyczny objaw depresji!


Pfff, cos nowego byś powiedział ;)

No co, nie chce mi się i tyle. Do marchwiaka nie trzeba oddzielać, do cukiniowca czekoladowego chyba też nie. Jest masa fajnych ciast z którymi się nie trzeba babrać, a póki nie muszę się babrać, to nie chcę.

Ellaine - 23 Lutego 2010, 19:50

Martva napisał/a
Ostatecznie mogę wrzucić jabłka, marchewkę, cukinie czy buraki do urządzenia rozdrabniającego, ale juz nie chce mi się na przykład oddzielać żółtek od białek i ubijać piany z tych ostatnich


A... to i tak masz się lekko. Urządzenie rozdrabniające, jestem pod wrażeniem. Ja to używam tarki, bo poza sokowirówką to nie mam żadnego "urządzenia rozdrabniającego". Jak pierwszy raz robiłam marchwiowe ciasto, to myślałam, że mi ręka odpadnie. Nie mówię już o tym, że kawałek ręki sobie starłam przy okazji, ale to drobiazg. Jeśli chodzi o oddzielanie żółtek od białek to muszę potrenować, bo zdarzyło się, że musiałam użyć większej ilości jajek niż to było w przepisie przewidziane. A pianę można ubić mikserem, jak się nie chce ręcznie, chociaż... rękę trzeba ćwiczyć, żeby potem mieć siłę, by komuś nos zmierzyć prawym sierpowym. Bywa, że jak mam ochotę to i czasem ciasto wyrabiam ręcznie, znaczy warzechą (drewnianą łyżką).

Swoją drogą, Martvo, czy w przepisie, którego używałaś do robienia babki piaskowej było mleko/śmietana? Pytam z ciekawości, bo właśnie jak przeglądałam przepisy w Sieci to w ani jednym nie było słowa o mleku. Natomiast sprawdziłam w takiej starej książce Kuchnia Polska i tam było. Swoją drogą to porównując przepisy, to z mojego wychodzi duża ilość ciasta (bo robi się je z 6 jaj).

Cukiniowiec czekoladowy? Mogłabyś coś więcej o nim powiedzieć? Nigdy nie słyszałam. W sumie to się pomyliłam wcześniej, potrafię zrobić sześć rodzajów ciast (dumna z siebie jestem). Oczywiście żadne z nich nie jest specjalnie wymagające: babka piaskowa, Zebra, ciasto na oleju, Babka Gogo, Murzynek i marchwiowe. Babka Gogo jest zabawna i trochę trzeba mieć aptekarskiej chęci, bo w przepisie jest coś tam np takiego (to, co teraz napiszę to nie jest fragment przepisu!): mąki dać tyle ile waży 6 jaj, cukru tyle ile ważą 4 jaja (i mniej więcej tak on wygląda. Mamie się zwykle nie chciało ważyć tego wszystkiego, więc też nie robiła tego ciasta zbyt często).

Generalnie to ciasto, które wczoraj upiekłam, udało się wyśmienicie. Wyrosło pięknie i nie było ani krztyny zakalca. Wszyscy byli zadowoleni, i nawet uraczyli mnie kilkoma pochwałami.

Martva - 23 Lutego 2010, 21:00

Ellaine napisał/a
Ja to używam tarki,


No nieee, jestem za leniwa stanowczo. Jakbym nie miała urządzenia rozdrabniającego, to moje zapędy cukiernicze kończyły by się na przekładanych waflach ;)

Ellaine napisał/a
A pianę można ubić mikserem,


Wyłącznie ;P:

Ellaine napisał/a
Swoją drogą, Martvo, czy w przepisie, którego używałaś do robienia babki piaskowej było mleko/śmietana?


Ha! zupełnie, ale to zupełnie nie pamiętam. A sprawdzić nie sprawdzę, bo Kuchnia Polska wylądowała w śmieciach podstępem, ku zgrozie mej i moich sióstr. Ale wydaje mi się że były 4 jajka, nie 6 - chyba że mi się coś porąbało, pamiętajmy że to było ze 12 lat temu :)

Ellaine napisał/a
Cukiniowiec czekoladowy? Mogłabyś coś więcej o nim powiedzieć? Nigdy nie słyszałam.


Bardzo czekoladowe ciasto, zwarte, ciężkie i wilgotne, które to cechy zawdzięcza cukinii. Zawiera taką ilośc czekolady, ze tej cukinii nie czuć, chociaz niektórzy się boją spróbować na wszelki wypadek ;) Przepis jest chyba włoski.

Ellaine napisał/a
mąki dać tyle ile waży 6 jaj, cukru tyle ile ważą 4 jaja


Juz mnie to przeraża :D A te jajka w skorupkach ważone czy bez? ;)

W sumie nigdy nie liczyłam ile ciast umiem zrobić, bo niektóre mi się zdarzało jednorazowo. Mam kilka stałych w repertuarze (przy czym te najchętniej pieczone się zmieniają, często eksperymentuję i potem jestem zakochana w eksperymencie więc go często piekę).

Ellaine - 26 Lutego 2010, 20:29

Martva napisał/a
Juz mnie to przeraża :D A te jajka w skorupkach ważone czy bez? ;)

Ważyłam w skorupkach. Ciasto wyszło jadalne, więc chyba należy ważyć w skorupkach. Jeśli kiedykolwiek będę mieć dzieci, które będą chciały bawić się w kucharzy, to z nimi upiekę takie ciasto. Odmierzanie i odważanie to dla dzieciaków powinna być frajda, prawda? Tak mi się wydaje przynajmniej. Osobiście rzadko kiedy pomagałam Mamie w kuchni, bo zwykle uważała, że jej zawadzam. Ale zawsze lubiłam wspólne pieczenie pierników, albo ubijanie piany. Lubiłam być przydatna.
Martva napisał/a
W sumie nigdy nie liczyłam ile ciast umiem zrobić

Cóż, ja policzyłam, bo póki co to wystarcza mi palców dłoni, by je policzyć. Jeśli kiedykolwiek mój repertuar się powiększy to już nie będę tego liczyć.

***

Ambiwalencja - uczucie, które towarzyszy mi dzisiaj. Jest ze mną od samego świtu. Radość i smutek splotły się w dwukolorowy warkocz, jak dwie wstążki, oplatujące się. Niestety.

Od rana w zakamarkach umysłu czaił się lęk, że ponownie mi się nie uda. Chociaż drugi wewnętrzny głos podpowiadał, że tym razem wszystko pójdzie jak z płatka. Że nie mam czego się bać. W końcu poświęciłam nie jedną, ani nie dwie godziny, żeby pamiętać.
Dzień przywitał mnie ciepłym, chociaż nieco niepewnym, uśmiechem zza szarych chmur. Mrugnął do mnie jasnym okiem, z którego jednak popłynęło kilka chłodnych kropel. A ja ubrałam się elegancko, mimo, że nie lubię spódnic przed kolana. Na szczęście czarny płaszcz do kostek zakrywał mnie przed światem. A potem, jak zwykle zasnęłam w autobusie... Aż trudno uwierzyć, że kiedyś tak wiele książek przeczytałam jadąc tą samą trasą. Bywałam nawet zdolna do tego, by wychodzić na wcześniejszy autobus, który do celu dojeżdżał okrężną drogą, po to tylko, żebym mogła jak najdłużej czytać przed lekcjami.

Nie chciałam się spóźnić, chociaż nie mogłam się spóźnić. Trudno spóźnić się na egzamin ustny, kiedy samemu ustala się czas wejścia do gabinetu. Ale odruchowo chciałam być przed czasem. Nawet jeśli nie zamierzałam wchodzić jako pierwsza... głupi odruch.
Niemal w biegu pokonałam kilka schodów, które dzieliły mnie od drzwi wejściowych Wydziału. A potem trzeba było odrobinę zwolnić. Na marmurowej posadzce tak łatwo o skręcenie kostki... a ja znów nie wykupiłam ubezpieczenia.

Korytarz z wolna zapełniał się ludźmi. "Nic nie umiem", "Aaa!", "Kiedy to było? A gdzie to było?!", "Jak się nazywał ten koleś, co był po...", "O co im właściwie poszło?", "A potem on chciał, żeby tamten mu oddał... ale wtedy tamten mu podrzucił świnię...", "Jak was słucham to mi się wszystkiego odechciewa!". I tak dalej, i tym podobne. A później: "I jak?", "Jakie wylosowałeś pytania?!", "Mocno maglował?", "Ty szczęściarzu!", "Uch, nie chciałbym dostać tego pytania!". Głosy oczekujących i tych, co dopiero co wyszli z gabinetu niosły się po korytarzu.

Normalne. Aż wreszcie po paru godzinach zdecydowałam się, że też wejdę i będę mieć to już za sobą.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry. Proszę wylosować pytania - powiedział egzaminator, odbierając ode mnie kartkę z przeczytanymi lekturami. A ja dokonałam wyboru, mając nadzieję, że tym razem los będzie mi przychylniejszy niż pod koniec stycznia. Tymczasem słyszę: - O! Czytała pani pracę Fayarda! No to niech mi pan powie... to znaczy, niech pani mi powie. Przepraszam, myślałem o Fayardzie.
- Nie szkodzi, panie doktorze. To bardzo ciekawa książka - odparłam z uśmiechem, w tyle głowy słysząc cichy chichot mojego dobrego humoru.

- ... Już? - zapytałam zaskoczona. Przecież ledwo dotarłam do połowy mojej odpowiedzi. - Ale chciałam jeszcze powiedzieć o kampanii rosyjskiej...
- Nie, nie. Wystarczy. O Napoleonie moglibyśmy rozmawiać co najmniej do jutra - stwierdził egzaminator ze śmiechem, ucinając wszelkie protesty. - Proszę przejść do kolejnego pytania.
- No dobrze. Front zachodni podczas I Wojny Światowej...

I tak oto zdałam. Na trzy, ale zdałam. Pocieszałam się myślą, że w domu czeka na mnie zakończenie "Łups!", które specjalnie zostawiłam niedoczytane. Ot, taka drobna nagroda pocieszenia. "Pocieszenia?" - zdziwił się Luby, kiedy o planie opowiedziałam mu dzień wcześniej. - "Tak. Przecież zdam. A to znaczy, że opcja z tróją jest najgorszą z możliwych, prawda? W takim razie zasługuję na nagrodę pocieszenia!" Trochę jeszcze protestował, ale ostatecznie uznał moje racje.

Cieszyłam się po wyjściu z gabinetu, chociaż na tym idealnym obrazku było jedno, błędne pociągnięcie ołówkiem. Nieuważny rysownik zapomniał je poprawić. Niszczyło całą kompozycję. W idyllę wkradł się fałsz. Pożegnałam się ze znajomymi.

I dopiero na zewnątrz zdałam sobie sprawę, jak mało czasu mam do autobusu powrotnego. Ostatnie metry pokonałam biegiem. Jak zwykle w takich okolicznościach, pojazd, który był moim celem stał na przystanku za dwoma innymi. A ja nadbiegałam z przeciwnej strony. Ot, ironia losu! Biegłam, w duchu licząc na ludzki odruch kierowcy. I znów przewrotny uśmiech losu: był ludzki.
Zaczekał. Skinęłam mu głową w podzięce, kiedy tylko znalazłam się w środku. Mam nadzieję, że kierowca to widział. Parę sekund po tym, jak wpadłam do pojazdu - ruszył.

Z autobusu zadzwoniłam do domu. Po kilku sygnałach traciłam nadzieję, że zostanie odebrane. Wiedziałam, czemu się spóźnia z podniesieniem słuchawki. Głos, który się odezwał, tylko mnie upewnił w naturze sprawy, z którą przyjdzie mi się zmierzyć, kiedy wrócę. Radość ze zdanego egzaminu i całego dnia przygasała, jak dopalający się ogień na kominku.

- Jestem z ciebie dumny - powiedział. Siłą woli powstrzymałam się przed ironicznym komentarzem, czy choćby prychnięciem. Nie odezwałam się. Jego niebieskie oczy wyglądały, jakby miały w sobie za dużo wody. Błyszczały niezdrowo. Znam ten błysk, aż za dobrze. Popatrzył na mnie jeszcze chwilę i poszedł do siebie. Wstałam z łóżka.
Dlaczego ja nie mogę być dumna z ciebie? - zapytałam w duchu, zamykając drzwi pokoju za sobą. Zamykając się w sobie. Jak zwykle w takie dni, jak dzisiaj. A to, co miałam posłać w eter, co mogłoby pomóc, wciąż niewysłane. Jak można być tak głupim, tak dumnym? Można. Wiem to po sobie. I jest mi smutno, chociaż cieszę się, bo przeżyłam... kolejny semestr stał się historią.

xan4 - 26 Lutego 2010, 21:54

Ellaine, absolutnie zabraniam Ci zaniechania pisania, jak napisałaś po ostatnim naszym spotkaniu z NURSem, absolutnie :D
Ellaine - 27 Lutego 2010, 19:11

Absolutnie? Zabraniasz?! Mnie...? (uprzejme niedowierzanie przyprawione odrobiną rozbawienia)

Ale tak w ogóle, to w tym, co napisałam po spotkaniu z NURSem nie chodziło mi bynajmniej o zaniechanie pisania, tylko o to, żeby przestać myśleć, że kiedykolwiek, cokolwiek wydam drukiem.
Ha! Mój przyjaciel kilka lat temu stwierdził, że specjalnie dla mnie założy wydawnictwo. Przypuszczalnie póki on tego nie zrobi, nic mojego się nie ukaże. Prawdopodobnie tego nie zrobi, więc...

A pisać będę i nie przestanę. Bez obaw.

Ellaine - 28 Lutego 2010, 17:10

Tak na początek, wczoraj na blogu, który prowadzę z przyjaciółmi, zamieściłam mój posesyjny rachunek sumienia czytelniczego, czyli Wampir tkwi w szczegółach. To tak, jakbyście mieli ochotę zerknąć, ot przy okazji.

Śnieg stopniał i teraz można zaobserwować jak wiele rękawiczek zaginęło w zaspach w ciągu zimy. Wracając dziś rano ze świątyni zauważyłam dwie, albo trzy. Ledwo się dało je odróżnić od czarnego asfaltu, ale kiedy już człowiek zawiesił na nich oko to ostatecznie dochodziło do wniosku, że to rękawiczka, a nie jakichś kamień o dziwnym kształcie.

Sama też w tym roku pozbawiłam się rękawiczek. Nie zgubiłam ich w sensie dosłownym. Zwyczajnie zostały w domu rodzinnym Lubego (, który od mojego domu jest oddalony o ponad 500 km). Fakt ten dotarł do mnie dopiero, kiedy znaleźliśmy się na dworcu PKP na dwadzieścia minut przed odjazdem mojego pociągu. Luby chciał nawet, jak na dżentelmena przystało, odstąpić mi swoje, ale... po pierwsze: ma większe dłonie od moich, po drugie: jeśli oddałby mi swoje, to czym on chroniłby dłonie przed chłodem?, po trzecie: w mojej torbie dziwnym zbiegiem okoliczności miałam jeszcze jedną parę rękawiczek. Doprawdy nie wiem, jak się one tam znalazły, ale wiem, czemu ich nie nosiłam... bo ta para była nie do pary. Różnią się odrobinę odcieniem. Z daleka nie widać, większość panów by nie zwróciła nawet uwagi na taki drobiazg (proszę szanownych panów o wybaczenie) - ale niestety ja tę drobną różnicę kolorystyczną widzę doskonale (w końcu jestem córką krawcowej, skoro szyć nie umiem to chociaż kolory rozróżniam).

Jeszcze parę tygodni minie, a owocowe drzewa w przydomowych ogródkach zaczną wypuszczać pąki. A później wszystko zatonie w bieli, chociaż to będą inne płatki, niż te śnieżne. Och, nie mogę się doczekać maja i kwitnących bzów, wtedy niektóre ulice dzielnicy pachną tak oszałamiająco...

Ech...
... staram się, żeby ten dzień był jak najmilszy, żebym nie myślała za dużo. Nawet wizualizacja pięknej wiosny nie jest w stanie odwrócić mojej uwagi. Wciąż w pamięci mam to, że dzisiaj mijają dokładnie cztery miesiące. Mam pewien... czasowy dysonans. Jednocześnie odnoszę wrażenie, że minęły lata od tamtego dnia, ale z drugiej strony... jakby zdarzyło się wczoraj. I do tego wszystkiego, jakby nie było mi wystarczająco ciężko, gdzieś na skraju świadomości plącze mi się melodia i słowa piosenki Violetty Villas:

Mamo, smutno tu i obco / drzewa inne rosną / i ciszy nikt nie zna tu.
Mamo, nie myśl, że się skarżę / żal mi tylko marzeń ...
A ty mamo śpij / jeszcze noc, dobrze śpij...

Gdyby nie to, że spacer po parku, między ogołoconymi z liści drzewami, prawdopodobnie przyprawiłby mnie o myśli samobójcze - wyszłabym z domu. A tak, no cóż... może spróbuję coś napisać, albo poczytam idąc za słowami Marka Tuliusza Cycerona: "Ludzie mówią, że życie to jest to, ale ja wolę sobie poczytać". Heh.

SithLady - 28 Lutego 2010, 20:14

W piątek byłam na cmentarzu. Niby jeszcze na chorobowym, ale na imieniny do mamy zajrzec trzeba. Mimo upływu lat nadal... oczy mi się pocą.

Edit: Na blogu z wampirami nie mozna komentowac wiec wklejam tutaj
Też mam ostatnio sezon na wampiry. Na różnym etapie czytania:
Twilight Stephanie Meyer, Dead Until Dark Charlaine Harris z cyklu True Blood, Naznaczona P.C Cast i Kristin Cast, Guilty Pleasures Lauren K. Hamilton z cyklu o Anicie Blake. Czy zamówię następne części - zobaczymy.

Ellaine - 2 Marca 2010, 17:47

Osobiście omijam cmentarz, na którym Ją pochowaliśmy. Nie czuję się na siłach, żeby tam pojechać. Nigdy nie twierdziłam, że nie jestem tchórzem.

SithLady napisał/a
Na blogu z wampirami nie mozna komentowac wiec wklejam tutaj

Przepraszam, nie wiem jakim cudem się nie da komentować. Coś się zepsuło, a administrator główny wziął i znikł. Chyba za bardzo przywykliśmy, że nikt nie komentuje tamtego bloga i nie wiem nawet od kiedy występuje ten błąd. (tu było coś innego, ale napisałam tamto wcześniej, nie sprawdzając słów SithLady, przepraszam najmocniej. - edycja o 21:00)

SithLady, czytasz te książki w oryginale? Podziwiam. U mnie na półce stoi pożyczona książka, która niestety jest po angielsku i chociaż ponad rok ją trzymam to do tej pory udało mi się przebrnąć zaledwie przez wstęp i pierwszy rozdział. Angielski to dla mnie czarna magia (- z tym, że to drugie jest łatwiejsze). Co prawda to nie jest powieść tylko praca naukowa... no, też nie do końca, ale dość specyficzna rzecz: The Time-Traveller's Guide to Medieval England: A Handbook for Visitors to the Fourteenth Century, autorstwa Iana Mortimera.


***

Zapomniałam dzisiaj zabrać na zajęcia mój ekologiczny zeszyt (proszę się nie śmiać! on naprawdę jest "ekologiczny" - z papieru makulaturowego i z okładką zrobioną z papieru pakowego. Co zabawniejsze był tańszy od innych brulionów, mimo tego magicznego przymiotnika - ekologiczny, który podbija często ceny towarów). W każdym razie w plecaku znalazłam inny zeszyt, który zapewne noszę na wszelki wypadek - jakby mi się wena na głowę rzuciła czy coś. Zwykle rzuca się na mnie podczas zajęć, wtedy zamiast pisać - rysuję. Mam całe strony w notatniku zapełnione różnymi obrazkami. Normalne. Czasem przez całe półtorej godziny jestem w stanie nie zapisać nic ponad datę...

Niektóre rysunki nawet się udały. Koleżanka siedząca obok mnie w ławce czasem mi mówi, że zazdrość ją bierze, jak patrzy, kiedy rysuję te moje potworki... Cóż to najmilsza rzecz, jaką mogłabym usłyszeć w odniesieniu do tych bazgrolików.
Pokazałabym je Wam... może, gdyby nie to, że nie mam sprawnego skanera. I bardzo dobrze.

W każdym razie ten zeszyt (ten nie-ekologiczny) to mam jeszcze z liceum, był do informatyki. Na początku są nawet merytoryczne notatki... potem też były merytoryczne chociaż pozbawione szerszego omówienia. Zabawne, kiedy pomyślę sobie, że potrafiłam kiedyś stworzyć stronę internetową w html, bazę danych w MySQL, i księgę gości w php - ale z drugiej strony to normalne, kiedy kończyło się profil w połowie informatyczny*. Gdzieś jeszcze powinna istnieć strona, którą tworzyliśmy jako nasz "wytwór" semestralny. (Ha... istnieje, działa. I nic się nie zmieniła. Dziwne, że ja wciąż pamiętam adres, ale mniejsza o to.)

*w drugiej połowie był humanistyczny. Właściwie to w tej większej połowie, bo oficjalna nazwa profilu głosiła: Informatyka w humanistyce. Poza w/w bawiliśmy się też sporo grafiką, także 3D. To były czasy...

W każdym razie w tym zeszycie zapisywałam różne rzeczy z tyłu (w czasie i już po liceum). Znalazłam tekst mojego psora D.B. (miał z nami lekcje polskiego, a później także wiedzy o kulturze).

Był początek drugiej klasy liceum. Po wakacjach wróciliśmy w nieco okrojonym składzie. Z ośmiu Katarzyn, które były w klasie, zostało tylko siedem. (Swoją drogą to bardzo ekonomiczne było posiadać w klasie tyle osób o takim samym imieniu, jak stwierdził któryś z nauczycieli - powiesz: Kasia, uspokój się! - a 1/3 dziewczyn będzie cicho w tym momencie) Zniknięcie jednej z Kaś wywołało zdziwienie u profesora, zapytał co się stało. Na to ktoś odparł:
- Zabrała papiery. Przeniosła się do innej szkoły.
Na to profesor odparł z rozbrajającą szczerością:
- Ja też chcę zabrać papiery z tej szkoły!

Mimo tak wyrażonej chęci nie zabrał papierów i jeszcze dwa lata był z nami, dopóki nie opuściliśmy murów kochanego liceum. Przypuszczam, że nadal tam pracuje, aczkolwiek nie wiem - nie byłam w liceum od czterech lat. Raz tylko odwiedziłam mojego wychowawcę (uczy informatyki) tuż przed początkiem studiów.
Kiedyś planowałam odwiedzić również psora D.B., żeby mu przekazać radosną nowinę, że byłam 26-ta na liście przyjętych na kierunek: filologia polska... A potem dodałabym równie radośnie, że zabrałam stamtąd papiery, ponieważ dostałam się na historię: na miejscu piątym (od końca! ale z pierwszej listy przyjętych, tym się pocieszam).
Później jednak doszłam do wniosku, że pewnie i tak mnie nie będzie kojarzyć za bardzo, bo ja średnio rzucam się w oczy i sądzę, że dość łatwo umykam z pamięci. Chociaż niektórzy ośmielają się twierdzić odwrotnie. (A to jak wiadomo jest absurd, bo absurd to stwierdzenie jaskrawo różne od naszej opinii. To zdaje się rzekł Ambrose Bierce, może trochę inaczej, ale w tym duchu.)

Mam wrażenie, że strasznie się rozgaduję tutaj. Obyście mi to wybaczyli... Tak czy inaczej w zeszycie znalazłam jeszcze jedną ciekawą rzecz. Otóż, kiedy przestał mi służyć po skończeniu liceum, najwyraźniej miałam zamiar pisać jakieś opowiadanie. Tylko, że z tego zamiaru został tylko niewielki fragment, który właściwie nie wiadomo do czego można by przypiąć. Akcja dzieje się w karczmie, jakiś szczupły młodzieniec pyta bogatego kupca, czy nie widział jego dziewczyny. Odpowiedź jest przecząca, ale zaraz po tym kupiec wypytuje: - Ale dlaczego pytacie o nią? Rzuciła was? Ukradła coś?
- Nie, nie! Ona nigdy by nikogo nie okradła. Była,... jest zbyt dobrą osobą, by się zniżyć do takich brudnych czynów. - (i tu następuje zaskakująca, złota myśl. A tak w ogóle to jestem straszna... cytuję samą siebie. Powinnam się wstydzić.)
- Chłopcze, nikt nie jest zbyt szlachetny, by nie zrobić czegoś paskudnego.


Cóż... dla rozluźnienia atmosfery na sam koniec przytoczę jeszcze krótką wymianę zdań.
Siedzimy w sali, czekamy na przyjście pani doktor. Harmider jest okropny, ale cóż zrobić. Do pomieszczenia wchodzą dwie koleżanki, obie z naręczem kserówek. Kumpela siedząca obok mnie nagle mówi:
- Jak widzę kserówki, to aż się boję!
Odwracam się do niej i lekko głaszczę po ramieniu.
- Nie bój się... - mówię - nie pogryzą cię!
Zapewne, gdybym miała wtedy poważną minę, modulowała głos na uspokajające tony, czy coś w ten deseń, to byłoby jeszcze bardziej zabawnie... Niestety w połowie zdania zaczęłam się śmiać, psując efekt.
(A mówił psor D.B., mówił, że nie należy się śmiać opowiadając kawał...)

Ha! Tak długo pisałam, że aż mnie forum wylogowało.



Partner forum
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group